poprzedni inne z numeru
03 2005-2006
Witaj
Aktualności szkolne
Historycznych pytań o człowieka ciąg dalszy
W podziwie o wiele starszym od rozumu
Prosię pod parasolką i przylaszczka w mrowisku
Patrzeć
A my się nie boimy
Ona
Wszystko jedno nie było
oryginalna wersja w pdf!
pobierz pdf (0.00Mb)
inne numery:
01 2005-2006
02 2005-2006
nr 03 2005-2006 kultury
Ostatni dzwonek

Zasłonięte okna. Promienie słoneczne nie mają prawa wpływać na jakość odbioru obrazu przez spragnionych doznań estetycznych młodych ludzi. Zsunięte na boki ławki. Wszak drewniane blaty nie służą kilkugodzinnej kontemplacji wymagającej braku ruchu i względnej uwagi. Krzesła ustawione w rządkach równoległych do linii tablicy. Bo przecież gdzieś trzeba umieścić 30 rozochoconych i otwartych kulturalnie jestestw. Biała płachta papieru zwana ekranem zakrywającą swą powierzchnią zieleń tablicy. Nie można wszak pozwolić, aby losy bohaterów toczyły się na wybitnie aneutralnym tle o barwie podstarzałych liści. Tak więc zaledwie kilka przesunięć i podskoków, kilka szpilek i materiału, aby stworzyć miejsce dorównujące zagospodarowaniem adekwatnym do zastosowania niejednemu profesjonalnemu ośrodkowi o zastosowaniu tymże samym. Tak więc tylko kilka minut i już można siadać, układać ręce, wytężać słuch i otwierać oczy. Nie trzeba iść daleko, nie trzeba nawet opuszczać murów szkoły. Można patrzeć i słuchać, poznawać i doświadczać - tutaj. Mieć własne małe kino na wyciagnięcie ręki. W sali 37.


Jest wiele sposobów przechodzenia przez życie. Ze spuszczoną głową i karnym pochyleniem pleców. Z obojętnymi i bezwzględnymi oczyma. Z głupim uśmiechem na twarzy i przekonaniem, że nie ma świata poza zasięgiem wzroku. W końcu – z pozdzieraną na dłoniach skórą, pod którą jednak pulsuje ciepła krew. Jest wiele sposobów okazywania złości na rzeczywistość. Mruczenie pod nosem obelg, których nikt nie dosłyszy. Udowadniane wszystkim wkoło, że nie ma innej racji niż swoja własna. Szczeniackie wybryki umacniające tylko argumenty i środki wrogów. W końcu - rzucanie się w ogień, z nadzieją, że lepiej spłonąć niż patrzeć jak płonie to, co wokół. Można przechodzić przez te etapy po kolei. Można dowolnie je układać. Można nie zaczynać od początku. Można zatrzymać się w jednym i w nim już pozostać. I wcale nie ma gwarancji, że do ostatniego się dojdzie. Bo ostatni - to przystanek dla straceńców, wygnańców, samobójców. Świrów.

"Ostatni dzwonek" w reżyserii Magdaleny Łazarkiewicz to opowieść o każdym z etapów. Także o tym ostatnim. To opowieść o zwykłej szkole w niezwykłej dla nas rzeczywistości. Tam, gdzie nie ma miejsca na głośne słowa, gdzie bunt manifestuje się infantylizmem, gdyż możliwości młodości się nie zna, tam, gdzie nawet zbyt błyszczące oczy są podejrzane - pojawia się ktoś, kogo odmienność od początku budzi nieufność. Zbyt pewne słowa, zbyt przemyślane gesty, zbyt prawdziwe wzruszenie.

Więc byli oni. Ludzie młodzi. Był on. Człowiek młody. Była ona. Młoda kobieta. Kto komu otworzył oczy? Kto kogo poprowadził? Prekursorem rzucania się w ogień jest Krzysztof. On przybywa do nich już z zapachem ognia, już z poszarzałym od sadzy ubraniem i z pałającymi żarem policzkami. Ale przecież nie jest bohaterem. Nie jest herosem, do którego można wzdychać, nie jest wspaniałym chłopcem, którego można sobie stawiać za wzór.

Potrafi ranić i kłamać, potrafi odrzucać i lekceważyć, a podążanie w jego ślady - to przecież zgoda na wygnanie. A jednak to on zmusza do zmian. Wraz z nim do IVa przybywa świadomość, odwaga i dojrzałość - a każdej z tych cech jeszcze brakuje uczniom tej klasy. Mają jakieś tam swoje pomysły. Mają jakieś tam swoje małe niezgody na świat. Jakieś swoje niby bohaterskie przedsięwzięcia. Nowy otwiera im oczy na świat poza zasięgiem ich wzroku, ale przecież - na wyciągnięcie ręki. Świat, o który nie można nie walczyć, bo przecież - ich własny.

I oni uczą się tej walki. Najpierw od niego, potem sami od siebie. Odnajdują pochowane gdzieś wartości. Stare nuty, zasłyszane piosenki, które kołatały się po głowie od dawna. Nie tak łatwo nagle zmienić podejście do życia - chyba że zmiany te niosą ze sobą coś obiecującego, coś, co kusi możliwością wyrażenia w końcu własnych myśli. Wyjście z bezpiecznego cienia. Jest taki moment przekroczenia granicy - gdy nieznośność ciszy wymusza działanie. Gdy lepszym wyjściem jest śmierć w biegu niż stanie w miejscu. I oni przekraczają tę granicę. Jeden po drugim. Chyba świadomi swojego wyboru.


W tych ludziach jest siła. Potrafią walczyć o siebie. Przecież śpiewają głośno i pewnie "Każdy Twój wyrok przyjmę twardy (...) ". Przecież chcą wierzyć, że ich hierarchia wartości jest dobra i że mogą się nią kierować. Na przekór - bo przecież ich działanie to bunt przeciwko temu, co codzienne, co oczywiste.

"Ale chroń mnie Panie od pogardy
    Ocal mnie od nienawiści Boże".

Gdy już jednak chcemy podążyć w ich ślady, gdy już niemalże za nimi biegniemy, wtedy właśnie kończy się okres przyjemnej euforii wolnością. Za wolność trzeba płacić - piękne hasła zmienić w rzeczywistość. Naprawdę skoczyć w ogień. Oparzyć się - przecież inaczej niż przez dotyk poznać ognia się nie da. I tutaj padają słowa: "Nie wiem, może dać sobie spokój (...). Za dużo nas to kosztuje." I to z czyich ust? Tego, który wchodząc do klasy przyciągnął uwagę zapachem bezkompromisowości i nieugiętym głosem. Ale już za późno na odwrót. Zresztą - oni nie chcą zawracać.

Niełatwo wierzyć w coś, co okupować trzeba upadkami i pozdzieraną skórą. Niełatwo znaleźć w sobie dość wytrwałości, aby stojąc oko w oko z silniejszym od siebie wrogiem nie opuścić głowy licząc na złagodzenie kary. Niełatwo iść naprzód z taką samą pewnością, gdy jest się świadomym nieuchronnej porażki. I nawet nie można przewidzieć swojej reakcji na taką sytuację. Żeby się przekonać - trzeba spróbować. A podjęcie próby - to ryzyko.

Jeśli zabraknie tych, dla których podjęcie ryzyka nie będzie głupotą, nadzieja będzie mogła umierać sobie w kącie z cichym pojękiwaniem, bez obawy, że ktoś się tym łkaniem zainteresuje. Zmienianie świata jest działaniem przynoszącym wieczną chwałę jedynie w bajkach. Gdyby każdy podejmujący taką heroiczną walkę był świadom, że w pewnym momencie będzie szedł poobijany i bezsilny drogą prowadzącą w miejsce, którego on sam nie może wyznaczyć, zapewne zmniejszyłby się odsetek niedoszłych bohaterów.

Ale to ci, którzy by zostali, nieśliby w oczach nadzieję. A ta nie byłaby już ani licha, ani marna. Byłaby niezłomna.

Miejcie odwagę!... Nie tę jednodniową,
Co w rozpaczliwym przedsięwzięciu pryska,
Lecz tę, co wiecznie z podniesioną głową
Nie da się zepchnąć z swego stanowiska.
Adam Asnyk

Gdyby ktoś zapytał, czy ten film to film optymistyczny, trudno byłoby odpowiedzieć. Optymizm to takie dziwne słowo. Kojarzące się z wiarą w wieczny śpiew ptaków i nieustannie świecące słońce. "Ostatni dzwonek" nie jest filmem optymistycznym. Nie daje pewności, że będzie zawsze jasno. Raczej zapewnia, że nieraz zgaśnie światło i trzeba będzie iść po omacku w stronę ledwo tlącego się gdzieś światełka. Dopóki są ludzie widzący światełko, jest i światełko. A dopóki jest światełko, są ci, dla których zmierzanie w jego stronę nie jest szaleństwem, lecz oczywistością. I to jest właśnie ta dobra myśl, która zamyka 107 minut naprzemiennego działania i zwątpienia w działanie, przeplatanki heroizmu i tchórzostwa. Dobra myśl, którą warto zobaczyć, chociaż nie jest jednoznaczna i nie wskazuje najlepszej drogi. Bo czy ta, po której idzie się podrapanym i zmęczonym, z potarganymi włosami i pobrudzonymi rękami, choćby nawet z niezrozumiałym dla świata błyskiem spełnienia w oczach - może być najlepsza? Sam zobacz. Sam zdecyduj.


komentarze || dodaj komentarz
do góry rimk '07