poprzedni inne z numeru
03 2005-2006
następny
Witaj
Aktualności szkolne
Historycznych pytań o człowieka ciąg dalszy
W podziwie o wiele starszym od rozumu
Patrzeć
A my się nie boimy
Ona
Wszystko jedno nie było
Ostatni dzwonek
oryginalna wersja w pdf!
pobierz pdf (0.00Mb)
inne numery:
01 2005-2006
02 2005-2006
nr 03 2005-2006 poezji
Prosię pod parasolką i przylaszczka w mrowisku
Co zaskakujące - była w stanie
(przy użyciu systemu binarnego)
opisać z detalami piękno tego świata,
a także wykonać działanie 101+1 i...
uzyskać wynik 102 (miast 110, rzecz jasna).

Jeszcze na ulicy rozprawiła się z socjalizmem. Jednym celnym ciosem w okolice splotu słonecznego - "gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka (...) nikt nikomu nie byłby potrzebny". Trafne. I dość zaskakujące - wszak ja chciałbym mieć pięć jabłek.

Nie wiedzieć czemu - współczuła rozpaczy. Przekora? Bunt wieku dojrzewania? Twierdziła, że (ta rozpacz) jest nam potrzebna - bo inaczej to "prosię w deszcz". Ciekawe, co to ten deszcz? Przecież mamy parasolki i samochody. I telewizję.

Używała dziwnych, niezrozumiałych słów - przylaszczka, żniwa, cerata, pacierz... Musiałem zajrzeć do słownika, ale były one tak andergrandowe, że i tam ich nie było. Chuck Norris też ich nie znał.


Wciąż pytała, "jak daleko odszedłeś", i ciągle "od prostego kubka...", od "starego stołu...". I znowu - trudne słowa. Ale przy całym swym bogatym słownictwie, zaskakiwała umiejętnością precyzyjnego i oszczędnego formułowania myśli - "od tego, co nagie a nie rozebrane". Nie dawała spokoju, pytania wciąż mnożyły się.

Raczej nie mówiła długo. Tak, krótko raczej, krótko. Pytała o znaczenie słów i stwierdzała, że co jak co, ale definiować to nie umiem; wszak "sprawiedliwość Twoja [Boga] jest nierównością".

Znała matematykę, często posługiwała się nią - równaniami, bilansowaniem, zamianą znaków i mnożeniem obu stron przez -1. Bo "nierówni potrzebują siebie" - "noc jest żeby był dzień", "ciemno żeby świeciła gwiazda". Nigdy nie myliła się w obliczeniach.


A najciekawsze było to, że na każde pytanie znała odpowiedź. I to nie "odpowiedź ostrą", ale spokojną, przygotowaną, mimo to - zaskakującą. Przekonanie, że ten świat jest zbudowany tak, jak być zbudowany powinien, również zaskakiwało - brakiem fanatyzmu, dziecięco-dojrzałą ufnością.

Bo była połączeniem dziecka, erudyty, filozofa - połączeniem dziecięcości, dojrzałości, głębokiego patrzenia na świat i szukania rozwiązań tu blisko - w przyrodzie. Właśnie - prawdopodobnie należała do jakiejś organizacji ekologicznej - tyle uwagi, tyle ciepła przejawiała wobec środowiska naturalnego. Green Peace?

Opowiadała o wuju, który się nawet powiesić nie umiał, bo przylaszczki się przestraszył. Przylaszczka? Cokolwiek to jest, ma niebieskie listki i dzięki niej świat nie jest czarny. Mówiła, że to, co najistotniejsze przylaszczka przynosi zawsze pod nos. Tak blisko, że aż trudno to dojrzeć. Śmiała się z mojej dalekowzroczności (+1,5 na lewym oku i +1 plus cylindry). Świat był dla niej urzekająco prosty, a mój astygmatyzm rozbawił ją niesamowicie; uparcie twierdziła, że nie ma nic prostszego niż uzyskać zbieżność prostych prostopadłych i rozbieżność równoległych.

Czasem miałem wrażenie, że jest procesorem, że widzi tylko 0 i 1. Co zaskakujące - była w stanie (przy użyciu tegoż systemu binarnego) opisać z detalami piękno tego świata, a także wykonać działanie 101+1 i... uzyskać wynik 102 (miast 110, rzecz jasna). Gdy mówiła: "przylaszczka", ja widziałem mrówkę noszącą listki, gdy mówiła o droździe milknącym w lipcu to słyszałem pojedynczy wystrzał dubeltówki. A w lufie jest jeszcze drugi pocisk - ostrzegała.

Odważna była, prawdziwie wyluzowana.

"Jeśli mi zaczną wypominać że jestem do niczego
(...) uśmiecham się - mój Boże / tylko tyle / ile można o mnie gorszego powiedzieć"

I oryginalna - wszak jeśli mi zaczną wypominać, że jestem do niczego, to niech idą "w cholerę". Dokładnie tam, skąd święci uciekają. A empatię to ona miała rozwiniętą bardzo. Zobaczyła, że rozpacz jest biedna i od razu "ach ten optymizm co chodzi w kółko (...) a ja chcę właśnie trochę rozpaczy". Po co? - spytałem rezolutnie. Bo to "szczęście co jest nieszczęściem". W sumie... sensownie brzmi. Ale tak dziwnie. Przynajmniej z początku.

Chyba nie spodobał się jej mój stopień szacunku do terminów. Powtarzała wciąż: "śpieszmy się, śpieszmy się". Odpowiadałem: "gdy się diabeł śpieszy to człowiek się cieszy!". Ona uparcie powtarzała: "śpieszmy się". Ten przekaz okazał się dla mnie mało zrozumiały - znowu użyła trudnego słowa. Tym razem "kochać". I jeszcze "ludzi", czy jakoś tak.

A ja przecież tak bardzo nie lubię, gdy ktoś mnie pogania. Nawet, gdy mam jakieś przeczucie, że ma rację.

Tak samo rację miała wtedy, gdy rozdzielenie bólu od miłości, łzy od doświadczeń, mądrość od starości pozostawiła Kopciuszkowi. Kopciuszek - jak wiemy - jest postacią fikcyjną. Fikcja - jak wiemy - nie istnieje.

A tak w ogóle - mówiła - to wszystko jest takie proste - ten "prosty kubek z jednym uchem", przylaszczka kolorująca świat niedoszłych samobójców, do tego nawet "to czego nie mam i nawet to czego nie mam komu dać zawsze jest komuś potrzebne", ktoś "nie pojmuje ale rozumie / nie na wszystko ma odpowiedź".

I bardzo optymistyczne, na koniec - "nierówni potrzebują siebie", przylaszczka coś zawsze podetka, a jak los kopnie, to przy okazji otworzy okno. Właśnie - pożegnała się. I wyszła. Przez okno.

Na strychu.

P.S. Przy okazji - zapewniała, że nie "przyszłam pana [mnie] nawracać".


komentarze || dodaj komentarz
do góry rimk '07