poprzedni inne z numeru
03 2005-2006
następny
Witaj
Aktualności szkolne
Historycznych pytań o człowieka ciąg dalszy
Prosię pod parasolką i przylaszczka w mrowisku
Patrzeć
A my się nie boimy
Ona
Wszystko jedno nie było
Ostatni dzwonek
oryginalna wersja w pdf!
pobierz pdf (0.00Mb)
inne numery:
01 2005-2006
02 2005-2006
nr 03 2005-2006 poezji
W podziwie o wiele starszym od rozumu
wiem - to banał

Pierwszy raz spotkałam go na dworcu autobusowym. Szukałam mojego kota, który mi uciekł. Śliczny był. Znalazłam go właśnie na tym dworcu i od razu zabrałam do domu. Chyba nie było mu ze mną dobrze. Cały czas miauczał, krążył po mieszkaniu. Wystarczył moment – drzwi otwarte – i już go nie było. Stało to się już na drugi dzień. Szukałam go, choć właściwie nie wiem, dlaczego. Płakałam. Ale nie przez kota – nie zdążyłam się jeszcze przyzwyczaić. Płakałam dlatego, że tak naprawdę mu zazdrościłam. Tych drzwi otwartych i możliwości ucieczki.


I kiedy, trochę bezsensownie, krążyłam po dworcu, rozglądając się przez łzy, dostrzegłam go. Siedział tyłem do dworcowego zegara, zatopiony w jakiejś książce. Być może nie zwróciłabym na niego żadnej uwagi, ale zdziwiło mnie to, że nigdzie się nie śpieszy, nie spogląda na przystanki i nie ma przy sobie bagażu. Wyglądał tak, jakby przyszedł na dworzec posiedzieć i poczytać książkę, co dla mnie było niedorzeczne. A skoro nigdzie się nie śpieszył, to może siedział tu od dawna i – jeśli tylko oderwał wzrok od książki – mógł go zobaczyć. Zaciekawiona, zapłakana postanowiłam podejść bliżej i zapytać go o małego, ślicznego kotka. Jednak nie musiałam go o nic pytać. Siedział, trzymając w prawej dłoni tę książkę, a lewą ręką głaskając spoczywającego na jego kolanach kota. Tego samego, który uciekł ode mnie dziś rano.

Bez zastanowienia usiadłam obok niego. Przyglądałam się kotu, aby mieć pewność, czy to ten sam. Nie wiem nawet, czy chciałam go zabrać z powrotem do siebie. Chciałam tylko wiedzieć, gdzie jest i czy na pewno jest mu lepiej. Bez wątpienia kot był tym samym, który mnie dzisiaj rano opuścił. Poznałam go po charakterystycznej szarej łatce na czarnej szyi, po lewej stronie. I był szczęśliwszy – już nie miauczał, tylko łagodnie mruczał.

Kiedy wyciągnęłam rękę, chcąc pogłaskać go po lśniącej sierści, nowy właściciel kota (a może również poprzedni?) odłożył książkę i przywitał się ze mną.

Podniosłam głowę i spojrzałam na niego. Miał taką spokojną twarz. Jak gdyby nigdy i jak gdyby nic. Tylko te oczy... Było w nich coś porażającego i niepokojącego jednocześnie. Po chwili milczenia zaczęliśmy rozmawiać. Było w nim coś, co budziło zaufanie. I to coś sprawiło, że opowiedziałam mu o wszystkim – o kocie, a także o tym, co sobie dzięki jego ucieczce dziś uświadomiłam – że sama chciałabym uciec, ale nie mam dokąd i do końca nie wiem, czy jest po co.

Przez łzy zobaczyłam jego lekki uśmiech. Po chwili otworzył swoją książkę, szybko nań spojrzał, znów odwrócił się w moją stronę i powiedział: "nie wybrzydzaj / tak jest / aby było naprawdę" ("Na pół").


lecz w banale nie banał się kryje

Pamiętam dobrze tamten dzień, kiedy spotkałam go w domu. To był zły dzień. Wieczorem siadłam przy otwartym oknie, zapaliłam lampkę i włączyłam sobie "depresyjną" muzykę. Właściwie przez przypadek, zamiast wziąć do ręki opowiadania Edwarda Stachury, sięgnęłam po stojącą obok książkę – "Utwory zebrane" ks. Jana Twardowskiego. Otworzyłam i zaczęłam czytać... "Jeśli stracisz wiarę w to, / (...) / że jesteś w cierpieniu nagi i tylko sam / niepotrzebny jak w uchu ziarenko plaży - / (...) / wtedy / zaczniesz niebo oglądać / przez rzęs wilgotne stokrotki." ("Jeśli..."). Do dziś staram się tę wiarę z siebie wyrzucić, pozbyć się jej. Uwierzyć w to, że jest inaczej niż mi się wydaje. Że tak naprawdę łzy powinny otwierać i oczyszczać nasze spojrzenie, a nie nas zaślepiać. "Żeby naprawdę uwierzyć / w ile trzeba nie wierzyć" ("Straciłem wiarę").

Wierzyć chcę tylko w to, "że podnosisz nasze załamane paluchy / otwierasz nam oczy czerwone jak u królika / zapalasz światło / tłumaczysz / po drugiej stronie / każdy ma swoją daleką podróż" ("Przed podróżą"). Tak, tej właśnie wiary potrzebuję. I tej szukam.

Za każdym razem, kiedy sięgam po poezję księdza Twardowskiego, to o wiarę proszę - "zawsze świeżą bo nieskończoną / taką co biegnie jak owca za matką / nie pojmuje ale rozumie / ze słów wybiera najmniejsze / nie na wszystko ma odpowiedź / i nie przewraca się do góry nogami / jeżeli kogoś szlag trafi" ("Proszę o wiarę").

Lubię czasem wieczorem zapomnieć o wszystkim i nawet wszystkich. Wyłączyć muzykę, telefon, komputer... Spojrzeć głęboko, głębiej niż na co dzień w siebie, aby dostrzec, czy przypadkiem ostatnio nie zgubiłam tej drogi właściwej.


Sięgam wtedy po tę poezję, by jego słowami zastanowić się nad sobą, "czy nie uciekałem w ciemny płacz ze swoim sercem jak piątą klepką / czy nie kradłem Twojego czasu /czy nie lizałem zbyt czule łapy swego sumienia / czy rozróżniałem uczucia / czy gwiazd nie podnosiłem których dawno nie ma / czy nie prowadziłem eleganckiego dziennika swoich żalów / czy nie właziłem do ciepłego kąta swej wrażliwości jak gęsiej skórki / czy nie fałszowałem pięknym głosem / czy nie byłem miękkim despotą / czy..." ("Rachunek sumienia")

mądra pszczoła powraca często z oślej łąki

Od zawsze spotykam go też w szkole. Od zawsze – to znaczy odkąd pamiętam. Rozkładając te wiersze na czynniki pierwsze – jeszcze doskonalej widzę mądrość, wrażliwość, wiarę i miłość tych wierszy. Jest w nich wszystko. Czasami nawet to, w co trudno nam uwierzyć – sens cierpienia: "Biedna rozpaczy / uczciwy potworze / strasznie ci tu dokuczają / (...) / a przecież bez ciebie / byłby stale uśmiechnięty jak prosię w deszcz / wpadałbym w cielęcy zachwyt / nieludzki" ("Oda do rozpaczy"). "Tyle wieków". Są drogowskazy – jakże proste i jakże trudne zarazem: " – martwiłam się już / że poszedłeś inaczej / prościej / po asfalcie / autostradą do nieba – z nagrodą od ministra / i że cię diabli wzięli" ("Zaufałem drodze"). "Śpieszmy się".

I jest też – po prostu – radość życia: "jak żyć – kiedy czarne wszystko / ale to nieprawda / przybiegła przylaszczka / pod nos mu podetknęła / sześć niebieskich listków" ("Sześć listków"). "Kiedy mówisz"...

nieraz mali poeci dobrej sprawie służą

Spotkałam go w autobusie. Linii 167 – o ile dobrze pamiętam. Dzień był dla mnie szczególny – moje osiemnaste urodziny – 18 stycznia 2006. Późnym wieczorem wracałam do domu. Prawie pusty autobus zatrzymał się na czerwonym świetle. Znudzony kierowca włączył radio. Akurat trwały informacje. Dziennikarka radia Trójki spokojnym głosem oznajmiła: "dziś wieczorem zmarł ks. Jan Twardowski – poeta..."

"Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą / i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą" ("Śpieszmy się")

Tak. To te słowa przyszły mi do głowy. Tak szybko i tak nagle wydobyłam je z pamięci, choć raczej były w niej głęboko schowane. Zaraz potem te słowa usłyszałam w głośnikach – ta sama dziennikarka, tym samym spokojnym głosem, przypominała je wszystkim.

Pośpiesznym krokiem wróciłam do domu. Miałam taką spokojną twarz. Tylko te oczy...

Płakałam?


komentarze || dodaj komentarz
do góry rimk '07