poprzedni inne z numeru
01 2005-2006
następny
Witaj
Aktualności szkolne
Mówić z odpowiedzialnością
Taki kraj - dzień Solidarności
Ja Cię widzę skacz
Zawsze żyć naprawdę
Otrzęsinowe puzzle
Starszyzna ocenia
Sonda wśród uczniów
Sonda wśród nauczycieli
Przepisywane nieodrabiane
Odrabiane nieprzepisywane
Patrick Suskind - Pachnidło
Literaccy uczniowie
Razem młodzi przyjaciele
Pomniki historii 1 - Lisie Jamy
Od patrona 1
SuperSebastian vs Wielka AnarhiAAA
oryginalna wersja w pdf!
pobierz pdf (33.58Mb)
inne numery:
02 2005-2006
03 2005-2006
nr 01 2005-2006 spostrzeżeń
U Piłsudskiego przemiany
To był powrót jak każdy inny.
Po kolejnych wakacjach, jeszcze
z myślami zaplątanymi w wiatr
i rękami pachnącymi słońcem.
Ale – jak się okazało
– powrót nagle odmieniony,
bo do jakże odmienionego miejsca.
dach zamiast parasola

Beztroskie oczy, szybkie kroki, czoła naznaczone możliwościami i ruchliwe ręce. Szkoła – to ludzie. Twarze, głosy i gesty. Szkoła to zlepek osobowości, pudełko z malutkimi ludzikami, z których każdy chce iść w trochę inną stronę, trochę inną drogą, ale które – póki co – idą wspólnie jedną ścieżką. Tylko że, aby pudełko zaczęło działać, aby zlepek mógł przyjąć konkretną formę, potrzeba czegoś więcej niż tylko kilkuset stóp, rąk czy oczu. Potrzebna jest rzecz prozaiczna, wymyślona już przez pierwszych ludzi, służąca im od zamierzchłych czasów, udoskonalana i zmieniana, ale pełniąca przecież wciąż tę samą rolę; tak więc oczywiście – budynek. Niby oczywiste, niby mało ważne. A przecież – gdyby nie ten właśnie genialny wytwór ludzkiego instynktu samozachowawczego, połowę lekcji zajmowałoby bieganie za porozwiewanymi przez wiatr kartkami, nawoływanie zagubionych gdzieś wśród drzew uczniów, przytupywanie na śniegu mające zapobiec odmrożeniu stóp, rozkładanie parasoli, gdyby akurat zebrało się na gradobicie i upychanie się w cieniu, gdyby temperatura sięgnęła raptem 30° C.


Na całe nasze uczniowsko-nauczycielskie szczęście, ktoś wpadł na pomysł, aby instytucję szkoły umieścić w warunkach niezależnych od warunków atmosferycznych. Na całe nasze uczniowsko–nauczycielskie szczęście, ktoś pomyślał o tym, aby było tam dość miejsca dla Całej Rzeszy Młodych Ludzi i by nie zabrakło go też dla Pokaźnego Ciała Pedagogicznego. I jeszcze, by nie zabrakło korytarzy do rozmawiania, krzeseł do siadania i okien do wyglądania. I aby potem można było wejść tam, siadać na krzesłach, wyglądać przez okna, patrzeć na poustawiane na parapetach kwiaty, na zapisane tablice i czuć się częścią tego właśnie miejsca.

poślizgnąć się w labiryncie

A to właśnie miejsce (przy Długiej 35, rzecz jasna) ma wiele cech wyróżniających je spośród innych podobnego zastosowania. Pierwszą z nich jest już sam kształt - bo przecież nie jest zbudowane na planie prostokąta czy kwadratu (tzn. TERAZ z pewnością nie jest, może KIEDYŚ - w dawnej zamierzchłej przeszłości - było). Patrząc na nie z góry dojrzeć można raczej szóstkę, której ostatnio przybyły dwie wypustki w okolicy brzuszka. Zapewne ten dziwny kształt przyczynia się w dużej mierze do faktu, że nie ma w tej szkole nikogo, kto choć raz się w niej nie zgubił. Niewątpliwie jeszcze większe zasługi w tej kwestii ma niekonwencjonalne rozmieszczenie numerów klas – już nikogo nie dziwi, że idąc korytarzem mija się kolejno sale nr 23, 24, 40, 41, 15, 16, 17 - z uwzględnieniem, że aby trafić do klasy nr 25 trzeba zawrócić, że 42 znajduje się w drugim końcu szkoły, a żeby dojść do 18, trzeba przejść wokół całe piętro. Jednak na ustalenie nowej kolejności numeracji sal nikt by się nie zgodził – bo ma to swój niewątpliwy (tak, tak!) urok.

Równie niewątpliwy był urok sponiewieranych i wyślizganych do granic możliwości schodów, z którymi bliższe spotkanie zaliczył co drugi uczeń (a co drugi się nie przyznawał). Stare, dobre schody musiały się za swego bytowania nieźle nasłuchać od tych wszystkich, którym umożliwiły wzloty i - co prawda niezbyt zgrabne, lecz jakże efektowne - upadki (u swoich stóp). Nie można jednak zaprzeczyć, że miało to czysto praktyczne zastosowanie – żaden inny środek transportu śródszkolnego nie pozwalał na tak szybkie przemieszczanie się z góry w dół. I kto by pomyślał, że kiedyś mogłoby go zabraknąć, a jego miejsce mogłyby zająć nieprzyzwoicie bezpieczne i prowokacyjnie kolorowe schody typu nowoczesnego. A jednak!

przedsionkowa równia pochyła

To był powrót jak każdy inny. Po kolejnych wakacjach, jeszcze z myślami zaplątanymi w wiatr i rękami pachnącymi słońcem. Ale – jak się okazało – powrót nagle odmieniony, bo do jakże odmienionego miejsca. Wspomniane już „wypustki” od frontu, jako że widoczne na pierwszy rzut oka, pozwoliły się do siebie przyzwyczaić już pierwszego dnia, podobnie jak jednolity kolor ściany budynku – od dawien dawna niespotykany (ten remont!), więc powitany niemałym zdumieniem. Inaczej sprawa miała się z tym, co ujrzeć można było w środku: gdzie się podziały ciężkie wahadłowe drzwi, których popchnięcie często przekraczało możliwości przeciętnej kobiety? gdzież są dwa schodki, które zawsze do tych drzwi prowadziły? co robi w przedsionku ta równia pochyła? Ale to oczywiście jeszcze nie koniec – skąd się wzięły te zagadkowe łuki pod sufitem? (pytanie o okna na prawo i lewo od drzwi wejściowych można pominąć – logiczne wnioski wyciągnięte z zaistnienia „wypustek” tłumaczą wszystko) I co mają znaczyć te kolorowe kafelki zamiast zszarzałych schodów?! Konsternacja zamieniła się z czasem w pewnego rodzaju zadowolenie, że po schodach już się nie spływa, ale jednak schodzi – co mimo sentymentu do poprzedniego ich obrazu, pozwala doceniać też ten nowy. Elementem jednak, który wzbudzał największe zdziwienie pośród osób, które podążały rzeczonymi schodami ku górze, okazała się pomarańczowa, nowocześnie „uzygzakowana”, ściana, która pojawiła się chyba bardziej niespodziewanie niż którakolwiek z nowych części tego starego budynku, a równocześnie – stała się źródłem niekłamanego podziwu znacznej części jego szkolnej braci.

od zawsze?

Budynek szkoły zmienia się niemalże na naszych oczach. Można by rzec – razem z nami. Co niektórzy pamiętają jeszcze datę jego powstania wypisaną na podłodze przed wejściem do kawiarenki, schody obok niej dorównujące śliskością tym „głównym”, mniej błyszczące drzwi na małą salę gimnastyczną. Takich małych zmian jest wiele – niektórych nie sposób już nawet wyłowić z pamięci, gdyż wsiąkły w organizm korytarzy i zakamarków i nikt już nie pamięta, że kiedyś były nowym, dziwnie niepasującym do reszty elementem. Szkoła to zlepek tego, co tworzy jej fundamenty od dawna i tego, co przybywa z nowymi ludźmi, a z czasem staje się jej częścią. Zapewne tak samo będzie z kolorowymi schodami, łukami i brakiem ciężkich drzwi – staną się częścią tego, co zaczęły tworzyć i kiedyś, gdy staniemy przed pomarańczową ścianą, będziemy niemal pewni, że była tu zawsze.


komentarze || dodaj komentarz
do góry rimk '07