poprzedni inne z numeru
02 2005-2006
następny
Witaj
Aktualności szkolne
Historyczne pytania o człowieka - rozmowa z Emilem Wiśniewskim
Trudne chwile z nadzieją
Tam czyli gdzie czyli imię szkoły
Azyl w szkole czyli mój kawałek podłogi
Słów tysiące miliony
Instrukcja obsługi instynktu samozachowawczego
Gramy dzień dłużej z WOŚP
Przegrajmy w ten jeden dzień z WOŚP
Sonda wśród uczniów
Sonda wśród nauczycieli
Wzruszacz for men
Zasłuchane
Traje... traje... co?
SDM do tego co lepsze
Od patrona 2
Od patrona 3
Pomniki historii 2 - Powstanie Styczniowe
Nie śpij. Wróg czuwa!
oryginalna wersja w pdf!
pobierz pdf (33.58Mb)
inne numery:
01 2005-2006
03 2005-2006
nr 02 2005-2006 absolwentów
Powraca niespodziewanie
Nie było to dawno. Rok, kilka lat temu. Kupowali jabłka w kawiarence,
okienka spędzali siedząc na placu przed szkołą, udzielali się obywatelsko
głosując na przewodniczącego szkoły, od czasu do czasu zapominali zmienić buty.
Omawiali te same lektury, siadali na tych samych krzesłach,
potykali się na tych samych schodach. A potem zdali maturę - i poszli dalej.
Chodzą po innych korytarzach, dotykają innych poręczy, nawet patrzą
na inne niebo za oknem. Mają nowy świat - czekali na niego, więc się nie dziwią.
Zwykle patrzą do przodu. Logicznie i rozsądnie obserwują swoje plany i możliwość
realizacji marzeń. Czasami patrzą do tyłu. Na pozostawioną gdzieś tam kolorową mozaikę.
Elementy na nią zbierali przez kilka lat. Składali ją z tego, co dobre,
ale też z tego, co bolało. Pewnie dlatego jest taka prawdziwa i ważna.
Nawet jeśli patrzą na nią rzadko, to sama jej obecność daje im dużo.
Kawałek własnej historii.
mk


















Szum wielkiego miasta, które trzeba "oswoić". Zagubienie, zniechęcenie, ciężar odpowiedzialności. Tęsknota za harmonią, za ustalonym planem dnia, za znajomymi miejscami, twarzami, sytuacjami. Tęsknota za nocnymi rozmowami z mamą przy filiżance herbaty, za rytuałami codziennego, rodzinnego życia, za celebrowanymi posiłkami. Tęsknota za własnym, przestronnym pokojem z widokiem na sad, za czystością i pięknem przyrody- rozległej, niczym nieskrępowanej, nie tej upchniętej między chodnikami, zminiaturyzowanej, skrzętnie rozplanowanej tak, by nie przeszkadzała swym nieuporządkowaniem. Pośpiech. Nieustanny pośpiech. Co dzień tysiące nowych twarzy. Chaos i hałas. W uszach stopery, bez których niemożliwy byłby sen i jakakolwiek koncentracja. Poczucie zagubienia, zmęczenia, nieustanny ból głowy. Dziesiątki nowych obowiązków. Zarywane noce. Smak sukcesów i gorycz pierwszych porażek. Setki książek, artykułów. Kolokwia, egzaminy, testy…

Świadomość, że to, co minęło, już nie wróci. Truizm. Jednak urzeczywistnienie tej banalnej prawdy tak bardzo doskwierało mi podczas pierwszych miesięcy studiów. Było też wiele radosnych chwil, które dawały mi poczucie, że przejście do kolejnego etapu życia nie jest związane jedynie z wyrzeczeniami. To swego rodzaju "odcięcie pępowiny" ma też pozytywne strony. Każe z czegoś zrezygnować, ale wiele też daje w zamian. Więcej czasu dla siebie, tylko dla siebie. Możliwość wsłuchania się we własne wnętrze, odnalezienia własnego "ja" -jednostki niezależnej, indywiduum nieobarczonego bezpośrednio naciskiem bliskich. Swoboda planowania czasu, prawie nieograniczona dowolność, tysiące możliwości. Nagle możliwe staje się to, co jeszcze niedawno tkwiło tylko


w nierzeczywistej sferze. Dotykasz wszystkiego, co do tej pory znane było z telewizji, gazet. Jesteś w środku tego, co wydawało się tak bardzo nieosiągalne. Zmienia się horyzont, a wraz z nim hierarchia wartości. Może nie radykalnie, jednak wiele z wyznawanych dotąd zasad zyskuje lub traci na sile. Roztapiasz się w tłumie i to sprawia, że spadasz z piedestału, na który cię wyniesiono. Nie jesteś jedyny i najważniejszy. Choć ta świadomość pulsuje z coraz większą siłą, do głosu dochodzi także potrzeba realizowania własnych marzeń, potrzeba samookreślenia i wyrażania się. Poszukiwanie własnego stylu objawia się w wyznawanych poglądach, w miejscach, które odwiedzasz, w sposobie, w jaki się ubierasz i w jaki spędzasz czas. Wybór nie jest prosty, bo im większa społeczność, tym więcej oferuje możliwości.

Poczucie osamotnienia przeplata się z odczuwaniem ulgi z częściowego wyzwolenia z więzów rodziny, społeczności szkolnej czy lokalnej. Malowanie mieszkania na kolor, który zwykle nie wydaje się odpowiedni dla ścian, zrywanie się z zajęć, by wyczekiwać na 20-stopniowym mrozie na 5-minutowe spotkanie z podziwianym od lat artystą, angażowanie się w projekty i plany, na które zwykle nie ma się czasu…

Czas studiów to czas przyjemnego "szlifowania" formy, którą zbudowało dzieciństwo i pobyt w szkole, kiedy jeszcze tak niewiele można było przewidzieć. Kiedy plany i marzenia wydawały się czymś niesamowicie ważnym. Chyba niewielu jest ludzi, którzy spoglądając wstecz i analizując swoją drogę życia przyznają, że wiedzieli od początku, jak będzie ono wyglądać albo chociaż mieli jego nikły zarys.


Moja socjologia - pierwszy rok prawie dorosłego życia. Bałam się zawieszenia między etapem, który już kończyłam a tym, który mogłam zacząć na wiele sposobów. Nie było we mnie euforii wynikającej ze świadomości realnego spotkania z nadchodzącą dorosłością. Tylko wielki strach przed odpowiedzialnością za Moje Życie. Każdy z wielkim rozmachem zaczynał coś nowego. Studia, praca, przeprowadzki… Wiedziałam, że ja też muszę. Cały czas towarzyszył mi lęk przed tym, co nieznane i jednoczesna świadomość, że wraz z przyjściem nowych ludzi, wraz z "przesunięciem cyferek" przypisanych klasom, nie ma już dla mnie miejsca w Liceum, nie ma już IVa…

Wspomnienia o Szkole nachodzą mnie niespodziewanie. Czasem przy oglądaniu zdjęć, a częściej przy zaskakujących spotkaniach ze znajomymi kolegami czy nauczycielami. Niesamowite jest to, że kiedy spotykamy się w ten sposób, nie ma między nami bariery zbudowanej w czasie, gdy nasze drogi się rozeszły. Jest oczywiście pewnego rodzaju dystans, który jednak znika wraz z wypowiedzeniem pierwszych słów. Odżywa wszystko. Każdy gest, sposób wypowiadania się, skojarzenia dotyczące danej osoby, wspólne przeżycia. Nie dzieli nas odległość długich miesięcy spędzonych w innych warunkach, z nowymi znajomymi. Przeciwnie, nowe doświadczenia jeszcze bardziej umacniają nas w przekonaniu, jak cenne są dawne przyjaźnie i znajomości.

Szkoła wraca do mnie często w najmniej oczekiwanych sytuacjach życia. Wraca do mnie najczęściej przez wspomnienia nauczycieli, których obraz nieco uległ zmianie od czasu zdania matury. Dziś już nie pamiętam tak wyraźnie ich sylwetek, sposobu ubierania się, wypowiadania czy powiedzeń, które były dla nich tak charakterystyczne. Nie wynika to wcale z faktu, że skończyłam tę Szkołę dawno temu. Przez dwa lata niewiele można przecież zapomnieć. Po prostu dziś nie jest to już tak ważne jak kiedyś.

Dziś wyraźniej widzę ich postawy, poglądy i to, co zdążyłam zaczerpnąć z nich dla siebie. Wielokrotnie w tzw. trudnych sytuacjach życiowych przywołuję podobne zdarzenia i reakcje moich nauczycieli. Opieram się na tym, co nam radzili lub jakie postawy sami przybierali, czego bronili, a co było według nich niewłaściwe.

Cenne wydają mi się ich wskazówki, na które wcześniej nie zwracałam dużej uwagi, a które jednak, może nie całkiem świadomie, zapadły mi w pamięć. Czasem w wyszukanej formie aforyzmów, czasem nad wyraz szczere w swej prostocie przychodzą do mnie w najbardziej odpowiednim momencie życia. Wiem wtedy, że to nie tylko puste słowa, bo poparte doświadczeniem ludzi, którzy dobrze mi życzyli.

Szkoła i to, co z nią związane towarzyszą mi przede wszystkim w nauce. Wtedy, gdy wracam do starych zeszytów matematyki ucząc się na kolokwia ze statystyki; gdy przeglądam książki z historii uzupełniając notatki z wykładów lub rozwiązując przedstawione na ćwiczeniach problemy. Ze wzruszeniem wertuję grube zeszyty z języka polskiego i jeszcze raz czytam swoje wypracowania, których kształt wiele mówi mi o mnie samej. Cieszy mnie to, że tak wiele poglądów mogłam w nich przedstawiać. Jak w swego rodzaju pamiętniku odnajduję w nich drogę rozwoju nie tylko swoich umiejętności literackich, ale też rozwoju duchowego. Czasem bałam się, że bezcelowe jest to pisanie. Jak mogę pisać dojrzale, gdy z pewnością nie jestem jeszcze dojrzała? Czy warto pisać, skoro wielu bardziej kompetentnych ludzi zajmuje się tym lepiej ode mnie? Czy mam prawo spojrzeć inaczej na temat, który zwykle rozpatruje się w konkretny i ustalony sposób? Wiele miałam wątpliwości i tylko dzięki konieczności pisania wypracowań odkryłam piękno tworzenia oraz przyjemność, która z niego wypływa.

O czasach mojej nauki w Liceum przypominają mi zdjęcia, świadectwa (szczególnie świadectwo dojrzałości), czapka Maciejówka, która zawsze była znakiem pewnej niezwykłości tej Szkoły, pamiątki związane z moją klasą…

Może się wydawać, że cztery (a dziś już trzy) lata w życiu człowieka to niewiele. Jednak jest to bardzo istotny czas, który odciska swe piętno na kształcie przyszłego życia. Liceum, w którym spędziłam cztery lata ma swój charakterystyczny klimat. Szacunek dla tradycji, historii, dla drugiego człowieka. Może brzmi to patetycznie. W moim odczuciu jednak taki właśnie duch przyświeca temu, co dzieje się w tej szkole. Wielokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem: "Wiesz, można od razu poznać, że chodziłaś do Liceum przy Długiej." Czasem mnie to bawiło, wydawało mi się to trochę niedorzeczne. Po dłuższych obserwacjach sama zaczęłam odszukiwać w ludziach zgromadzonych wokół tej szkoły wspólne im cechy. Rzeczywiście, często się to sprawdza.


Dziś wspominam szkolne wydarzenia takie jak Józefinki, Święta Niepodległości, wigilie, koncerty kolęd, Dni Europejskie… Te uroczystości składały się na swoisty klimat szkoły. Podczas przygotowań i realizacji planów zwracano nam, uczniom, uwagę na to, byśmy wystrzegali się "bylejakości". Dobrą organizacją, porządnym, sprawnym działaniem zadziwiali mnie ludzie, którzy na co dzień nie byli punktualni i poukładani. Charakterystyczne, szczególnie dla mojej klasy, było organizowanie przedstawień i spektakli. Godziny prób, okupionych zaniedbaniami w innych dziedzinach życia, charakteryzacje, scenografie, niezliczone ilości rekwizytów. Przewożenie luster, kapeluszy, drewnianych pieńków, kartonów… Poszukiwanie we wszystkich sklepach w mieście czarnej krepiny, teatralnie jasnego pudru do twarzy czy krwistoczerwonej szminki… Absurdalne? Zabawne? Na pewno wynikające z pasji.

Dziś wydaje mi się ważne, że to właśnie szkoła nie tłamsiła w nas zapału. Przeciwnie- byli ludzie, którzy razem z nami szukali czarnej krepiny i spinaczy. Z równie wielką energią, oddaniem i nadzieją, że się uda. Również występy chóru szkolnego, do którego należałam, spotykały się zawsze z uznaniem i nieskrywanym podziwem. Warto było ćwiczyć, poświęcać czas nagrywając płytę z kolędami po to, by mieć satysfakcję i odczuwać aprobatę innych. Wspominam też bardzo ciepło wymianę międzynarodową ze szkołą we Francji. Choć wcześniej byłam już w tym kraju, z pewnością dzięki wymianie w sposób głębszy poznałam zwyczaje i styl życia moich rówieśników.

Wspomnienia związane ze Szkołą są ciągle bardzo żywe. Może dlatego, że nadal, w miarę możliwości, odwiedzam jej progi. I choć często mnie zaskakuje zmianami (remonty, rozbudowa) nadal czuję, że dobrze się stało, że tak ważny okres mojego życia spędziłam właśnie na Długiej. Im większa perspektywa czasu dzieli mnie od czasów "ogólniaka", tym silniejszą odczuwam potrzebę częstszych powrotów i wspomnień związanych ze Szkołą.

studentka II roku socjologii na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego (w roku szkolnym 2003/2004 uczennica klasy IVa )


komentarze || dodaj komentarz
do góry rimk '07